środa, 17 września 2008

Piekielna morena i inne przyjemnosci

Komorka rozszalala sie dokladnie o polnocy. Organizm jeknal.¨"O co chodzi???!!!". Biedak nie potrafi zrozumiec dlaczego codziennie musi wstawac o inej godzinie. Szepnelam mu zatem uprzejmie: Kochany, idziesz dzis na Pisco. I wszystko jasne.
Temperatura na szczescie nie przekraczala dolnej granicy naszej tolerancji. Namiot troche oszroniony, ale z pomoca puchowej kurtki i goracej herbaty dosc szybko sie rozgrzalysmy. Sniadanko (czy jakkolwiek nazwac ten nocny posilek) i pakowanie zabralo nam troche czasu, w koncu okolo 1.30 ruszylysmy w droge.
Noc przejasna, nie musialysmy nawet uzywac czolowek. Idealnie. I wtedy pojawila sie ONA. Morena. W skrocie: kupa glazow, kamieni i kamyczkow, poukladanych w fantazyjne stosy, kupy, kupeczki i scianki. A miedzy tym balaganem wije sie bardzo slabo oznaczona sciezynka. W dol i w gore, hop hop po glaziskach. My na sciezynce, gubiac od czasu do czasu droge, potykajac sie o kamienie, mruczac pod nosem gorsze wersje “motylej nogi”. I tak przez trzy i pol godziny. Okolo piatej wybawienie – stajemy u stop lodowca. Przed nami 850 metrow przewyzszania.
Pisco to popularna gora, wiec tym razem nie mamy najmniejszego problemu z wyborem drogi. Tuptamy krok za krokiem od czasu do czasu przekraczajac gleeeeeeeeeeeeeeeebokie szczeliny. Widok dookola oszalamia, dookola pietrza sie szesciotysieczniki, polyskuja lodowte sciany, na niebie szaleja tabunu oblokow. Droga dluga, wiec na zachwyty mamy cale 5 godzin.
Ostatni odcinek pod szczytem to dosc wymagajaca (przynajmiej dla nas, bo to nasz debiut) lodowa scianka. Radzimy sobie z nia zadzwiajaco sprawnie i oto jestesmy na szczycie! I tu wlasnie konczy mi sie zasob slow. Zeby zrozumiec trzeba to przezyc:)
Droga powrotna to zjazd ze scianki, radosne posuwiste ruchy w dol po lodowcu i znow ta chol….. morena. Ale po co o tym…. Lepiej zachowac w pamieci te pogodniejsze chwile;)






Brak komentarzy: