wtorek, 2 września 2008

Ladies and gentlmen, welcome to Lima!

Na te slowa podskoczylysmy z rozkoszy! Dobrze, ze pasy bezpieczenstwa przytrzymaly nas w tym podskoku i ani sobie, ani nikomu innemu nie zrobilysmy krzywdy eksplodujac euforia! A potem bylo juz tylko lepiej! Pokonalysmy dziarsko wszystkie problemy, potencjalne problemy i wyimaginowane problemy.
Dojechaly z nami nasze kochane przeogromne plecaki, strat w sprzecie nie stwierdzono!

Dojechalo z nami wspaniale uczucie, oto wyladowalysmy w Limie i wiemy dokladnie gdzie chcemy jechac i ile powinno to kosztowac!! Z aeropuerto dostalysmy sie w sam srodek halasujacego centrum i dworca autobusowego, gdzie czekal na nas autobus do Huaraz, zgodnie z zasada wzajemnosci musialysmy na niego tez troche poczekac. Czas do odjazdu o 9.45 wykorzystalysmy na odwiedzenie znanej juz nam przydworcowej kawiarenki. Ah, litr soku z papayi!! Ah, salatka z awokado! Az strach, czyzbysmy z radosci ze wszystko juz nam takie swojskie i znane odebraly sobie szanse poznawania nowych miejsc i narazania sie na nowe przygody? Oby nie!
Ostatni fragment drogi drzemalysmy juz tylko wypatrujac celu i planujac w polsnie najblizsze dni, wiadac 4ta nad ranem nadal jest dla nas 11ta przed poludniem! Huaraz przywitalo nas mroznie, zebysmy aby nie zapomnialy, ze to juz 3500npm, ale sniadanko zajadalysmy juz w przeciwslonecznych okularach i daleko od polarowych kurtek! Plan na najblizsze godziny- zakupy spozywcze, zakupy drogeryjne, zakupy sprzetowe! Ah, czyzby dal znac o sobie kobiece zamilowanie do zakupow? A jutro, oby, jesli pogoda utrzyma sie jak dzis- pieknie, slonecznie, ani sladu chmurki- ruszamy w gory! Nie ma czasu do stracenia! Cel -base camp w Dolinie Ishinca, skad wioda trasy na dwa nasze osniezone marzenia- Ishinke i Urus!

ps. wszystkich ktorych nie zdazylam usciskac przed wylotem, a taki problem mam zawsze, poniewaz jak zwykle miewam opoznienia, sciskam niniejszym, goraco jak to w Peru albo jeszcze bardziej!

Brak komentarzy: