czwartek, 25 września 2008

Vallunaraju











Z nizin do wszystkich zaniepokojonych i o pogodzie

Jestesmy na dole, cale i zdrowe. Rzeczywiscie mialysmy pogodowo wiele szczescia, w lipcu deszcz i piekny wrzesien! Moglysmy dluzej zostac w Huaraz, wykorzystac sprzyjajaca aure, naturalnie za kazdym razem z zachowaniem wszelkich zasad ostroznosci i postanowieniem, ze ruszamy o ile pogoda bedzie dobra i idziemy tak daleko, na ile pozwola warunki! Pozwolily :-)

Pogodowe szczescie nie zawiodlo nas ani razu, kazdego dnia szczytowego sloneczna pogoda dodawala otuchy! Co nie zawsze sprawdzalo sie w dni odpoczynkow :-( Jak na przyklad pare dni temu, po zejsciu z Vallunajaru:

Budzimy sie rano, nosa z namiotu wystawic sie nie chce, w nocy sen mialysmy zreszta niespokojny poniewaz krowy zjadaly nam smieci, nie dosc, ze halasowaly, to jeszcze istnialo zagrozenie, ze zabiora sie za namiot! Wystawiamy jednak nosy, a tam... snieg! (Podejrzewamy, ze to wina spozytej przed snem pomaranczy - bozonarodzeniowego zapachu i nastroju) W kazdym razie - snieg! Akurat w dzien, ktory przeznaczylysmy sobie na odpoczynkowe wygrzewanie sie w andyjskim sloncu!

Na szczescie mija godzinka, slonce dociera na nasz skrawek polany... grzeje... grzeje... i chwile pozniej wprost z puchowych kurtek przebieramy sie w krotkie spodenki... i nadal nam goraco!

Szalone krowy, szalony klimat.

Wiecej wiesci i kolejne zdjecia sniegu po sniadaniu!

piątek, 19 września 2008

O skutecznej regeneracji

Wynikiem skutecznej regeneracji organizmu jest nagla silna potrzeba powtornego umeczenia organizmu. Po kolejnym leniwym dniu, ktorej sponsorem byla litera CH, jak Chavin i chifa, nie opieramy sie juz dluzej. Ruszamy znowu na wyzyny, zeby po raz kolejny wystawic na probe nasze pogodowe szczescie i sile ducha, duchow :)




Cel pal: Vallunaraju, ok 5690 mnpm (snieg pada, lodowiec topnieje, kto tam wie ile bedzie mial pojutrze)
Dajemy sobie 2 dni na szczyt, 1 dzien odpoczynku oraz 2 lub 3 dni na wspinaczkowe zabawy odpoczynkowe w pobliskiej dolince, zatem wiecej wiesci i zdjecia ze szczytu:-)) w okolicach srody lub czwartku:-)

Calujemy w temperaturze 56 stopni Celsjusza!!

Nie samymi gorami zyje czlowiek, czyli o sztuce regeneracji

Zacznijmy od tego, zdarza sie, a moze nawet, naszym zwyczajem stalo sie, ze w drodze powrotnej z gorek troche sobie pojekujemy. Pojekujemy o tym, ze glodne, ze zimno w palce, ze juz kolano boli, drugie zaczyna, ze buty uwieraja, ze juz sie nie chce, ze chodzimy juz od 13 godzin i jeszcze daleko, a tu jeszcze morena, jeszcze piaszczyste wzgorze, jeszcze jedna, jeszcze druga gorka, sciezka kolejna... daleko nam zawsze i dluzy sie jeszcze przekoszmarnie... wiec pojekujemy i jakos nam z tym lepiej, pojekujemy, chyba ze akurat mija nas jakis sprawny meski zespol, a wowczas... coz, niesamowite jak cialo i umysl szybko sie regeneruja ;-)

Zazwyczaj jednak prawdziwie regenerujemy sie dopiero po obiedzie, po prysznicu (chocby to miala byc menazka goracej wody) i po nocy cieplej w spiworze dluzszej niz do 3ej nad ranem.

Przewaznie tez na tej regeneracji nie poprzestajemy, schodzimy z wyzyn i zaczynamy regeneracji czesc najlepsza:)

Podstawowe warunki sprawnej regeneracji:
- internet, telefon, czyli kontakt z domem w jakiejkolwiek postaci
- prysznic, jeden, drugi, i jeszcze raz i jeszcze chwile
- chifa - chinszczyzna po peruwiansku - wysmienite, ogromne porcje, ryz doskonaly, warzywka, sezamowe sosy, inne nieznane smaki... mamy taka zabawe: idziemy do restauracji ulubionej z chifa i zamawiamy zawsze inne dania o nieznanych nazwach, nie pytamy o skladniki, ani o nic, ot, strzal w ciemno, a i tak wszystko jest wysmienite, ah!
- soki - jest taka jugeria (sokarnia) za rogiem, w ktorej Pani sprzedaje nam rano dzban soku wysmienitego, swiezo zmiksowanego, z owocow najrozniejszych, wedle naszych gustow, i ten dzban pozwala nam wziac do domu i odniesc pozniej... a soki sa z mango, z papai, z bananow, limonki troche, ananasa... ah!

Jak widac niewiele do szczescia potrzeba: internet, prysznic, jedzenie :)

W wyniku powyzszych skladnikow regeneracyjnych 2 dni po poworcie do miasta tulamy sie, rozwazamy pogode, gapimy sie na mape i ... ruszamy w gory znowu!

Slowem - regeneracja zakonczona sukcesem! Czas sie znowu umeczyc!!

środa, 17 września 2008

PIsco przez oczy do serca parte 3






Pisco przez oczy do serca parte 1






PIsco przez oczy do serca parte 2






Pisco - per morena ad szczyt

Nasi drodzy, kochani, ulubieni!

Jestesmy znow na nizinach! Nowy, piekny, wyjatkowy i oplacony meczarniami zachwyt na gorze!! Pisco 5752mnpm lub podobna wysoka liczba w zaleznosci od ilosci napadanego sniego;)Duuuzo metrow karmienia oczu, pogoda przecudna, wspaniale sniezne i lodowe formacje, ale tez nowe siniaki, bole miesni, stawow, kosci, odmrozone nosy, spalone poliki... jedna rekawiczka pozostawiona w szczelinie, jedna sruba lodowa pozostawiona... wlasnie, gdzie pozostawiona? (gora nieraz wymaga symbolicznej zaplaty, ale czym jest rekawiczka i sruba wobec rozmiekczen serca w drodze i na szczycie) wrazenia i nowe doswiadczenia, nowe rady na przyszlosc:

1. Jezeli jest oboz pierwszy - campo base oraz oboz wyzszy - campo morreno istnieje mozliwosc, ze ten drugi moze sie nadac. To, ze akurat straaaaaasznie nie chce sie do niego isc nie oznacza, ze isc sie nie powinno.

2. Jezeli juz sie idzie z obozu pierwszego prosto na szczyt... przez pagorki, skaly, piaszczyste sciany (autentycznie pustynia w pionie! uuufff) ... moze warto rozwazyc buty trekkingowe na podejscie, a nie od razu w skorupach:) (tyle ze straaaaaaaasznie sie nie chcialo skorup w plecaku dziwgac...)

3. Nalezy wsluchac sie uwaznie w glos zoladka, moj mowil przez droge na Pisco tak: Aagaaaaa, reszta kolacji z poprzedniego dnia, paczka ciastek i marmolada na sniadanie o polnocy, rodzynki i suszone sliwki, kolejna paczka ciastek na droge to nie to!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

4. Izus! Do toalety idzie sie zanim sie zalozy uprzaz, ochraniacze, raki oraz line!!!!!!

5. Nawet jesli czegos straaaaasznie sie nie chce, nieraz trzeba!!

A przy okazji tego jeszcze swiezego rozczulenia pozwole sobie mimo wrodzonej oschlosci i problemow z okazywaniem uczuc powiedziec, ze jak sie tak idzie przez te dluuugie godziny, noca, porankiem, dniem, jak sie tak stawia kroki powoli miarowo, bardzo duzo sie mysli, o zyciu, o Was, kazdego przemyslalam z 3 razy podczas tych tutaj wspinaczek i pozwole sobie napisac, ze nie ma nic bardziej rozgrzewajacego jak mysl o domu, rodzinie, przyjaciolach, krewnych, znajomych, blizszych, dalszych, dluzszych, krotszych i o roznym stopniu intensywnosci, do ktorych mimo radosci tutaj niezmierzonej wrocimy nigdy chetniej!!

A w nagrode....





Piekielna morena i inne przyjemnosci

Komorka rozszalala sie dokladnie o polnocy. Organizm jeknal.¨"O co chodzi???!!!". Biedak nie potrafi zrozumiec dlaczego codziennie musi wstawac o inej godzinie. Szepnelam mu zatem uprzejmie: Kochany, idziesz dzis na Pisco. I wszystko jasne.
Temperatura na szczescie nie przekraczala dolnej granicy naszej tolerancji. Namiot troche oszroniony, ale z pomoca puchowej kurtki i goracej herbaty dosc szybko sie rozgrzalysmy. Sniadanko (czy jakkolwiek nazwac ten nocny posilek) i pakowanie zabralo nam troche czasu, w koncu okolo 1.30 ruszylysmy w droge.
Noc przejasna, nie musialysmy nawet uzywac czolowek. Idealnie. I wtedy pojawila sie ONA. Morena. W skrocie: kupa glazow, kamieni i kamyczkow, poukladanych w fantazyjne stosy, kupy, kupeczki i scianki. A miedzy tym balaganem wije sie bardzo slabo oznaczona sciezynka. W dol i w gore, hop hop po glaziskach. My na sciezynce, gubiac od czasu do czasu droge, potykajac sie o kamienie, mruczac pod nosem gorsze wersje “motylej nogi”. I tak przez trzy i pol godziny. Okolo piatej wybawienie – stajemy u stop lodowca. Przed nami 850 metrow przewyzszania.
Pisco to popularna gora, wiec tym razem nie mamy najmniejszego problemu z wyborem drogi. Tuptamy krok za krokiem od czasu do czasu przekraczajac gleeeeeeeeeeeeeeeebokie szczeliny. Widok dookola oszalamia, dookola pietrza sie szesciotysieczniki, polyskuja lodowte sciany, na niebie szaleja tabunu oblokow. Droga dluga, wiec na zachwyty mamy cale 5 godzin.
Ostatni odcinek pod szczytem to dosc wymagajaca (przynajmiej dla nas, bo to nasz debiut) lodowa scianka. Radzimy sobie z nia zadzwiajaco sprawnie i oto jestesmy na szczycie! I tu wlasnie konczy mi sie zasob slow. Zeby zrozumiec trzeba to przezyc:)
Droga powrotna to zjazd ze scianki, radosne posuwiste ruchy w dol po lodowcu i znow ta chol….. morena. Ale po co o tym…. Lepiej zachowac w pamieci te pogodniejsze chwile;)






piątek, 12 września 2008

Gdzie bedziemy kiedy nas nie bedzie

Jutro znow dzwigamy nasze plecaczki i wyruszamy w strone Pisco (5752 m). Gorka podobno jeszcze bardziej urokliwa niz poprzednie. W zaleznosci od warunkow pogodowych i fizycznych byc moze zaatakujemy tez Yanapacche 5400 lub Chopicalqui (6345m). Niestety, w koncowce sezonu (czyli teraz) wejscia na 6tysieczniki sa bardzo utrudnione ze wzgledu na ilosc sniegu, skonczy sie pewnie zatem tylko na piateczkach ;)

powrot planowany na za tydzien.

Prosimy o kciuki i zaklinanie pogody!

czwartek, 11 września 2008

Karakorum 2009 Spantik female expedition...

.... czyli czym skutkuje pizza i winko w gorskim towarzystwie :)))) Jest plan! Trzeba w koncu zabrac sie za jakis siedmiotysiecznik :) Padlo na Spantik - lezacy w Karakorum, o wysokosci 7027 m. Wyprawa ma byc miedzynarodowa, szumna i zakonczona sukcesem;) Oglaszamy oficjalnie: SZUKAMY SPONSORA!

środa, 10 września 2008

Nevado Ishinka - gorska przepieknosc






Bol, pot i lzy... szczescia w drodze i na Nevado Urus
















Bezcenne...

Herbata na szczytach. Widoki ze szczytow. Szczyty.

Pierwsze promienie slonca (palce zamiast odmarzac zaczynaly skwierczec).

Prysznic polegajacy na polewaniu sie woda z miski (jedyne 3 dolary od glowy).

Niespodzianka w postaci gory owocow i innych pysznosci, czekajaca na nas w namiocie po zejsciu z Ishinki (prezent z pozdrowieniami z Meksyku).

Gorace winko w schronisku ("Wy pewnie z Europy? U nas pije sie zimne! hahah). A potem probowali po kolei...;)

Transport do cywilizacji po 14-godzinnym marszu.

Co sie dzialo kiedy sie dzialo!

Sie dzialo!! Nasze nogi czuja, my czulysmy nogi... stad wiemy, ze na pewno sie nam to nie snilo!
Czuly nasze biodra od pasow biodrowych (przy okazji pragne zaapelowac do producentow plecakow w wersji kobiecej o miekkie otuliny wewnetrzne pasow biodrowych), czuly ramiona, czuly kolana... co czuly? W skrocie ostatni tydzien minal nam tak:

Sroda
uplynela pod ciezarem plecakow w drodze do Campo Base de Ishinka - oboz w dolinie Ishinka na 4350 mnpm - punkt wyjscia na okoliczne szczyty: Urus, Ishinka, Toclaraju.

Czwartek
Dzien na aklimatyzacje. Ogladamy oboz, zapoznajemy biwakujace zespoly, omawiamy drogi wejscia i plany. Po poludniu ruszamy w strone Urus, na szczyt trzeba wyjsc w srodku nocy, spacer wyzej dobrze zrobi na aklimatyzacje, a i zapoznanie sie z droga poki widno nie jest bez znaczenia.

Piatek
Pobudka o pieknej porze 2ej nocy, plan zaklada co prawda wyjscie o 3ej, w praktyce wychodzi oczywiscie 3.30, a moze i odrobine pozniej. Czolowki na glowy i ruszamy! Pierwszy odcinek to okolo 600m calkiem stroma sciazka. Robi sie widno kiedy docieramy pod trudnosci. W sam raz. Przebieramy sie i nogami. Etap drugi: snieg i lod i w strone blekitnego nieba. Nic nam wiecej nie potrzeba. Po lewej nawis, po prawej lodowe sople i ogromne szczeliny. W strone blekitnego nieba!
Odcinek ostatni: mieszanka skalisto-sniezna, wysokosc juz ponad 5000mnpm. Oddechy juz nie te, nogi juz nie te, ale za to szczyt juz tuz tuz. Jest! Mozna by powiedziec, ze Urus zdobyty, ale, jaki on zdobyty, ot przez pare minut pozwolil nam pobyc ze soba na wysokosciach, my i Urus razem, pod nami sniezna pokrywa i... droga w dol! Schodzimy. Padamy. Pada tez deszcz.

Sobota
Pada nadal, nadal padamy :)

Niedziela
Pogoda jest niejasna, ale poniewaz juz nie padamy, z zaprzyjaznionym przewodnikiem ruszamy na podboj lodowych scianek - gry i zabawy w lodzie, czyli krotki kurs lodowcowy.

Poniedzialek
23.00 pada, ale przeciez i tak jest za wczesnie na ruszenie w gory :) ot, kolejne wybudzenie z niespokojnego snu. Plan - Ishinka. Pogoda niejasna! Sen niespokojny.
24.00 - pada, ale jakby lzej.
01.15 - nie pada, chmury w dolinie, nam szczytamy gwiazdy. Jest calkiem dobrze.
01.30 - doskonala pora na sniadanie - owsianka, chinska zupka, kto co lubi.

Ruszamy o 2.30. Okno pogodowe moze nie trwac dlugo. Dobrze sie idzie przy swietle czolowki. Znalezenie szlaku wymaga koncentracji, koncentracja zajmuje mysli, wiec na zmeczenie nie ma miejsca. Docieramy pod lodowiec kiedy zaczyna switac. Doskonala pora. Przed nami piekny lodowiec i caly dzien (uuuuugh)! Wstaje slonce, a my w droge ku Nevado Ishinka! Droge najlepiej oddadza zdjecia. W skrocie: wstaniale sie szlo, choc wiatr, mroz, snieg i szczeliny, sople, nawisy, najpiekniejsze sniezne formacje. Tak jak wczesniej Urus, Ishinka, piekna, najpiekniejsza pozwolila nam ze soba pobyc. Radosc, zachwyt, zdjecia, gratulacje, suszone morele. Teraz tylko w dol do Campo Base, spakowac namiot, zarzucic 25kg na plecy i zejsc do wisoki jakies 15km. Tylko? Aaaaaaaaaa!!

No i oto jestesmy w Internet cafe! A teraz beda zdjecia!

Oda do prysznica!!

Zanim poleja sie slowa, zachwyty, gorskie opowiesci... zanim zdjeciami bedziemy chcialy oddac choc dziesiata czesc wrazen... chcialam na wstepie z innej beczki, a moze wcale nie takiej innej, ode:

Prysznicu moj!
Nie bylo Cie tyle dni,
zbyt wiele dni Cie nie bylo,
braklo nam Ciebie,
woda w menazce zimna ,
woda podgrzana na maszynce
nadal zbyt zimna.
Nie bylo Cie prysznicu
tak wiele dni,
nasze ciala z tesknoty
zapachnialy mocniej,
zdecydowanie nie piekniej.
Ale juz jestes!
Jak dobrze, ze jestes!
Obecnosc twa odnowila nas!
Nasze nosy
poznaly calkiem nowy swiat!
Jak dobrze, ze jestes!

Kolejne do kolekcji










Pierwszy cel - Urus Este. Zdobywany 4 dnia po przybyciu do Peru - ze slaba aklimatyzacja, metry wlokly sie niczym ostatnie godziny w pracy przed dlugim weekendem...;)












Na moich zdjeciach jest tylko Aga. I odwrotnie. Tutaj - nareszcie na szczycie, za chwile nastapi zasluzona herbatka i ciacha.
















Najmniej przyjemna czesc czyli mozolne posuwanie sie w dol. Przerywane okrzykami "Czekaj, zdjecie!"












Panorama po drodze na Ishince.











Poczatek koncowki - te figurki na horyzoncie to my za niedlugo.

















Przebijanie sie przez penitentes (w ktorych podobno nie ma szczelin;)














Ostatnich kilkadziesiat metrow przed szczytem jest bardzo strome, zdobywalysmy je w stylu "5 krokow, stop-oddech, 5 krokow, stop-oddech"




















Szczeliny szczerzyly sie nieszczerze.....














.... ale nie dalysmy sie nabrac!