Sie dzialo!! Nasze nogi czuja, my czulysmy nogi... stad wiemy, ze na pewno sie nam to nie snilo!
Czuly nasze biodra od pasow biodrowych (przy okazji pragne zaapelowac do producentow plecakow w wersji kobiecej o miekkie otuliny wewnetrzne pasow biodrowych), czuly ramiona, czuly kolana... co czuly? W skrocie ostatni tydzien minal nam tak:
Sroda
uplynela pod ciezarem plecakow w drodze do Campo Base de Ishinka - oboz w dolinie Ishinka na 4350 mnpm - punkt wyjscia na okoliczne szczyty: Urus, Ishinka, Toclaraju.
Czwartek
Dzien na aklimatyzacje. Ogladamy oboz, zapoznajemy biwakujace zespoly, omawiamy drogi wejscia i plany. Po poludniu ruszamy w strone Urus, na szczyt trzeba wyjsc w srodku nocy, spacer wyzej dobrze zrobi na aklimatyzacje, a i zapoznanie sie z droga poki widno nie jest bez znaczenia.
Piatek
Pobudka o pieknej porze 2ej nocy, plan zaklada co prawda wyjscie o 3ej, w praktyce wychodzi oczywiscie 3.30, a moze i odrobine pozniej. Czolowki na glowy i ruszamy! Pierwszy odcinek to okolo 600m calkiem stroma sciazka. Robi sie widno kiedy docieramy pod trudnosci. W sam raz. Przebieramy sie i nogami. Etap drugi: snieg i lod i w strone blekitnego nieba. Nic nam wiecej nie potrzeba. Po lewej nawis, po prawej lodowe sople i ogromne szczeliny. W strone blekitnego nieba!
Odcinek ostatni: mieszanka skalisto-sniezna, wysokosc juz ponad 5000mnpm. Oddechy juz nie te, nogi juz nie te, ale za to szczyt juz tuz tuz. Jest! Mozna by powiedziec, ze Urus zdobyty, ale, jaki on zdobyty, ot przez pare minut pozwolil nam pobyc ze soba na wysokosciach, my i Urus razem, pod nami sniezna pokrywa i... droga w dol! Schodzimy. Padamy. Pada tez deszcz.
Sobota
Pada nadal, nadal padamy :)
Niedziela
Pogoda jest niejasna, ale poniewaz juz nie padamy, z zaprzyjaznionym przewodnikiem ruszamy na podboj lodowych scianek - gry i zabawy w lodzie, czyli krotki kurs lodowcowy.
Poniedzialek
23.00 pada, ale przeciez i tak jest za wczesnie na ruszenie w gory :) ot, kolejne wybudzenie z niespokojnego snu. Plan - Ishinka. Pogoda niejasna! Sen niespokojny.
24.00 - pada, ale jakby lzej.
01.15 - nie pada, chmury w dolinie, nam szczytamy gwiazdy. Jest calkiem dobrze.
01.30 - doskonala pora na sniadanie - owsianka, chinska zupka, kto co lubi.
Ruszamy o 2.30. Okno pogodowe moze nie trwac dlugo. Dobrze sie idzie przy swietle czolowki. Znalezenie szlaku wymaga koncentracji, koncentracja zajmuje mysli, wiec na zmeczenie nie ma miejsca. Docieramy pod lodowiec kiedy zaczyna switac. Doskonala pora. Przed nami piekny lodowiec i caly dzien (uuuuugh)! Wstaje slonce, a my w droge ku Nevado Ishinka! Droge najlepiej oddadza zdjecia. W skrocie: wstaniale sie szlo, choc wiatr, mroz, snieg i szczeliny, sople, nawisy, najpiekniejsze sniezne formacje. Tak jak wczesniej Urus, Ishinka, piekna, najpiekniejsza pozwolila nam ze soba pobyc. Radosc, zachwyt, zdjecia, gratulacje, suszone morele. Teraz tylko w dol do Campo Base, spakowac namiot, zarzucic 25kg na plecy i zejsc do wisoki jakies 15km. Tylko? Aaaaaaaaaa!!
No i oto jestesmy w Internet cafe! A teraz beda zdjecia!