No! Wrzesień był i już go nie ma. Czas do domu, w samą porę na jesienną depresję.
Wróciłyśmy w dobrym zdrowiu, nawet trochę już stęsknione, bez łez, bez rozpaczy.
W sumie, dobrze być w domu...
... internet szybki i łatwo się szuka biletów do Limy na maj:)
niedziela, 5 października 2008
czwartek, 25 września 2008
Z nizin do wszystkich zaniepokojonych i o pogodzie
Jestesmy na dole, cale i zdrowe. Rzeczywiscie mialysmy pogodowo wiele szczescia, w lipcu deszcz i piekny wrzesien! Moglysmy dluzej zostac w Huaraz, wykorzystac sprzyjajaca aure, naturalnie za kazdym razem z zachowaniem wszelkich zasad ostroznosci i postanowieniem, ze ruszamy o ile pogoda bedzie dobra i idziemy tak daleko, na ile pozwola warunki! Pozwolily :-)
Pogodowe szczescie nie zawiodlo nas ani razu, kazdego dnia szczytowego sloneczna pogoda dodawala otuchy! Co nie zawsze sprawdzalo sie w dni odpoczynkow :-( Jak na przyklad pare dni temu, po zejsciu z Vallunajaru:
Budzimy sie rano, nosa z namiotu wystawic sie nie chce, w nocy sen mialysmy zreszta niespokojny poniewaz krowy zjadaly nam smieci, nie dosc, ze halasowaly, to jeszcze istnialo zagrozenie, ze zabiora sie za namiot! Wystawiamy jednak nosy, a tam... snieg! (Podejrzewamy, ze to wina spozytej przed snem pomaranczy - bozonarodzeniowego zapachu i nastroju) W kazdym razie - snieg! Akurat w dzien, ktory przeznaczylysmy sobie na odpoczynkowe wygrzewanie sie w andyjskim sloncu!
Na szczescie mija godzinka, slonce dociera na nasz skrawek polany... grzeje... grzeje... i chwile pozniej wprost z puchowych kurtek przebieramy sie w krotkie spodenki... i nadal nam goraco!
Szalone krowy, szalony klimat.
Wiecej wiesci i kolejne zdjecia sniegu po sniadaniu!
Pogodowe szczescie nie zawiodlo nas ani razu, kazdego dnia szczytowego sloneczna pogoda dodawala otuchy! Co nie zawsze sprawdzalo sie w dni odpoczynkow :-( Jak na przyklad pare dni temu, po zejsciu z Vallunajaru:
Budzimy sie rano, nosa z namiotu wystawic sie nie chce, w nocy sen mialysmy zreszta niespokojny poniewaz krowy zjadaly nam smieci, nie dosc, ze halasowaly, to jeszcze istnialo zagrozenie, ze zabiora sie za namiot! Wystawiamy jednak nosy, a tam... snieg! (Podejrzewamy, ze to wina spozytej przed snem pomaranczy - bozonarodzeniowego zapachu i nastroju) W kazdym razie - snieg! Akurat w dzien, ktory przeznaczylysmy sobie na odpoczynkowe wygrzewanie sie w andyjskim sloncu!
Na szczescie mija godzinka, slonce dociera na nasz skrawek polany... grzeje... grzeje... i chwile pozniej wprost z puchowych kurtek przebieramy sie w krotkie spodenki... i nadal nam goraco!
Szalone krowy, szalony klimat.
Wiecej wiesci i kolejne zdjecia sniegu po sniadaniu!
piątek, 19 września 2008
O skutecznej regeneracji
Wynikiem skutecznej regeneracji organizmu jest nagla silna potrzeba powtornego umeczenia organizmu. Po kolejnym leniwym dniu, ktorej sponsorem byla litera CH, jak Chavin i chifa, nie opieramy sie juz dluzej. Ruszamy znowu na wyzyny, zeby po raz kolejny wystawic na probe nasze pogodowe szczescie i sile ducha, duchow :)

Cel pal: Vallunaraju, ok 5690 mnpm (snieg pada, lodowiec topnieje, kto tam wie ile bedzie mial pojutrze)
Dajemy sobie 2 dni na szczyt, 1 dzien odpoczynku oraz 2 lub 3 dni na wspinaczkowe zabawy odpoczynkowe w pobliskiej dolince, zatem wiecej wiesci i zdjecia ze szczytu:-)) w okolicach srody lub czwartku:-)
Calujemy w temperaturze 56 stopni Celsjusza!!

Cel pal: Vallunaraju, ok 5690 mnpm (snieg pada, lodowiec topnieje, kto tam wie ile bedzie mial pojutrze)
Dajemy sobie 2 dni na szczyt, 1 dzien odpoczynku oraz 2 lub 3 dni na wspinaczkowe zabawy odpoczynkowe w pobliskiej dolince, zatem wiecej wiesci i zdjecia ze szczytu:-)) w okolicach srody lub czwartku:-)
Calujemy w temperaturze 56 stopni Celsjusza!!
Nie samymi gorami zyje czlowiek, czyli o sztuce regeneracji
Zacznijmy od tego, zdarza sie, a moze nawet, naszym zwyczajem stalo sie, ze w drodze powrotnej z gorek troche sobie pojekujemy. Pojekujemy o tym, ze glodne, ze zimno w palce, ze juz kolano boli, drugie zaczyna, ze buty uwieraja, ze juz sie nie chce, ze chodzimy juz od 13 godzin i jeszcze daleko, a tu jeszcze morena, jeszcze piaszczyste wzgorze, jeszcze jedna, jeszcze druga gorka, sciezka kolejna... daleko nam zawsze i dluzy sie jeszcze przekoszmarnie... wiec pojekujemy i jakos nam z tym lepiej, pojekujemy, chyba ze akurat mija nas jakis sprawny meski zespol, a wowczas... coz, niesamowite jak cialo i umysl szybko sie regeneruja ;-)
Zazwyczaj jednak prawdziwie regenerujemy sie dopiero po obiedzie, po prysznicu (chocby to miala byc menazka goracej wody) i po nocy cieplej w spiworze dluzszej niz do 3ej nad ranem.
Przewaznie tez na tej regeneracji nie poprzestajemy, schodzimy z wyzyn i zaczynamy regeneracji czesc najlepsza:)
Podstawowe warunki sprawnej regeneracji:
- internet, telefon, czyli kontakt z domem w jakiejkolwiek postaci
- prysznic, jeden, drugi, i jeszcze raz i jeszcze chwile
- chifa - chinszczyzna po peruwiansku - wysmienite, ogromne porcje, ryz doskonaly, warzywka, sezamowe sosy, inne nieznane smaki... mamy taka zabawe: idziemy do restauracji ulubionej z chifa i zamawiamy zawsze inne dania o nieznanych nazwach, nie pytamy o skladniki, ani o nic, ot, strzal w ciemno, a i tak wszystko jest wysmienite, ah!
- soki - jest taka jugeria (sokarnia) za rogiem, w ktorej Pani sprzedaje nam rano dzban soku wysmienitego, swiezo zmiksowanego, z owocow najrozniejszych, wedle naszych gustow, i ten dzban pozwala nam wziac do domu i odniesc pozniej... a soki sa z mango, z papai, z bananow, limonki troche, ananasa... ah!
Jak widac niewiele do szczescia potrzeba: internet, prysznic, jedzenie :)
W wyniku powyzszych skladnikow regeneracyjnych 2 dni po poworcie do miasta tulamy sie, rozwazamy pogode, gapimy sie na mape i ... ruszamy w gory znowu!
Slowem - regeneracja zakonczona sukcesem! Czas sie znowu umeczyc!!
Zazwyczaj jednak prawdziwie regenerujemy sie dopiero po obiedzie, po prysznicu (chocby to miala byc menazka goracej wody) i po nocy cieplej w spiworze dluzszej niz do 3ej nad ranem.
Przewaznie tez na tej regeneracji nie poprzestajemy, schodzimy z wyzyn i zaczynamy regeneracji czesc najlepsza:)
Podstawowe warunki sprawnej regeneracji:
- internet, telefon, czyli kontakt z domem w jakiejkolwiek postaci
- prysznic, jeden, drugi, i jeszcze raz i jeszcze chwile
- chifa - chinszczyzna po peruwiansku - wysmienite, ogromne porcje, ryz doskonaly, warzywka, sezamowe sosy, inne nieznane smaki... mamy taka zabawe: idziemy do restauracji ulubionej z chifa i zamawiamy zawsze inne dania o nieznanych nazwach, nie pytamy o skladniki, ani o nic, ot, strzal w ciemno, a i tak wszystko jest wysmienite, ah!
- soki - jest taka jugeria (sokarnia) za rogiem, w ktorej Pani sprzedaje nam rano dzban soku wysmienitego, swiezo zmiksowanego, z owocow najrozniejszych, wedle naszych gustow, i ten dzban pozwala nam wziac do domu i odniesc pozniej... a soki sa z mango, z papai, z bananow, limonki troche, ananasa... ah!
Jak widac niewiele do szczescia potrzeba: internet, prysznic, jedzenie :)
W wyniku powyzszych skladnikow regeneracyjnych 2 dni po poworcie do miasta tulamy sie, rozwazamy pogode, gapimy sie na mape i ... ruszamy w gory znowu!
Slowem - regeneracja zakonczona sukcesem! Czas sie znowu umeczyc!!
środa, 17 września 2008
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
















